Łódki z kory




Podczas słuchania piosenki Andrzeja Koryckiego, zawsze stają mi przed oczami moje malutkie łódki z dzieciństwa. Wykonywałem je z kory sosnowej. Mieszkałem w takiej okolicy, że do najbliższych sosen miałem zaledwie kilkanaście metrów od wyjścia z klatki schodowej. Były to wysokie, smukłe sosny o prostych pniach bez gałęzi, a korony z konarów, które dzieliły się na mniejsze gałązki, a na nich dopiero rosły zielone igły i brązowe szyszki.

Kora sosny jest szczególnie dobrym materiałem na struganie małej łódeczki. Nie jest gładka jak kora drzew liściastych. Na sośnie kora tworzy rzeźbioną powierzchnię o głębokich rowkach i wystających "wysepkach" Właśnie te wystające fragmenty stanowiły najlepszy materiał. Można je było oderwać od drzewa gołymi palcami i już w rękach znajdował się potencjalny kadłub łódki. Kawałki miały długość trzech, czterech centymetrów, szerokość około dwóch i takąż grubość. Mając przy sobie scyzoryk, albo nawet kawałek szyby można było bardzo łatwo ostrugać ten kawałek na kształt stateczku. Z zaostrzonym dziobem, rufą obciętą prostopadle do osi statku, a burty lekko wyoblone. Wystarczyło tylko znaleźć pióro ptaka, wcisnąć w korę i tak powstawała malutka, ale zgrabna i mająca urok żaglówka.



Oprócz bliskości lasu w moich dziecięcych szkutniczych projektach bardzo pomocna była też bliskość stawu. Mając takie otoczenie moja chłopięca główka wypełniała się marzeniami o dalekich podróżach i poznawaniu dalekich lądów. Kiedy zamykam oczy i przypominam sobie tamte chwile, to wyraźnie pamiętam to ciepłe, wrześniowe popołudnia, kiedy po przyjściu ze szkoły rzucałem tornister w kąt i biegłem strugać swoje łódki. Wspaniałym doznaniem było obserwowanie maleńkiej łódeczki kołyszącej się delikatnie w nieuchwytnych powiewach nagrzanego powietrza. Mając żagiel z ptasiego pióra, bez kapitana i załogi łódka potrafiła odpłynąć całkiem daleko. Czasem nawet na przeciwległy brzeg stawu.



Czasami te łódki przynosiłem do domu i nalawszy wodę do szklanki kładłem na stole w swoim pokoju dmuchałem w żagiel. Dmuchałem mocno, stając się przyczyną burzy w szklance wody. Łódka z kory umieszczona w szklance wydaje się bardzo prostą rzeczą. A jednak może sprowokować do bardzo ciekawych i nie całkiem trywialnych pytań.

Czy ktoś potrafi rozwikłać poniższy problem?
Po nalaniu do szklanki, woda osiąga pewien poziom. Kiedy łódkę położymy na powierzchni, to poziom wody nieco się podniesie, ponieważ łódka wypiera pewną ilość wody, aby utrzymać się na powierzchni. Kiedy na łódce umieścimy ciężarek ołowiany, to łódka zanurzy się głębiej i spowoduje, że poziom wody znów się podniesie. Łódka mając większe zanurzenie wypiera więcej wody. Ciężarek wciska łódkę głębiej do wody, wypiera ona więcej wody, a przez to, że szklanka jest wąska – powierzchnia podniesie się w zauważalnym stopniu. Wszystko do tej pory jest jasne, zrozumiałe i zgodne z codzienną obserwacją i zdrowym rozsądkiem.
A teraz jeśli ciężarek spadnie z łódki i opadnie na dno szklanki. Co stanie się z wodą? Czy jej poziom się podniesie, opadnie, czy pozostanie bez zmian? Kto wie?

Komentarze