Pierrot i Kolombina

Natrafiłem na piosenkę The Carnival is over - Już po karnawale. Kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, byłem kilkunastoletnim chłopcem. Teraz, po latach, kiedy ją słucham, to do przed oczami staje mi drewniane radio z dużymi białymi pokrętłami. Jedno do regulacji głośności, a drugie do przeszukiwania fal. Pewnego dnia, właściwie - bawiąc się - kręciłem pokrętłem z prawej strony, kiedy usłyszałem niesamowicie piękną muzykę. Zrobiła na mnie oszałamiające wrażenie. Coś w rodzaju jak miłość od pierwszego wejrzenia. Zapamiętałem stację, która to nadawała. Było to Radio Luxembourg. Na wiele następnych lat stało się ono moją ulubioną stacją radiową. Ogólnie było uznawane za najlepszą radiową rozgłośnię muzyczną tamtych lat. Zarówno piosenki, jak i zapowiedzi były najczęściej w języku angielskim, którego wtedy nie rozumiałem. Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia. To było coś egzotycznego, jakiś rodzaj oczarowania. Po przyjściu ze szkoły spędzałem całe godziny wsłuchując się w dźwięki wydobywającego się z wielkiego drewnianego pudła.


Po pierwszym zasłuchaniu się, wielokrotnie dostrajałem odbiornik do częstotliwości Radia Luxembourg i czekałem. Wysłuchiwałem w międzyczasie wielu ciekawych utworów, ale celem było zawsze dotrwanie do momentu, kiedy będą nadawać moją ukochaną melodię. W tamtym czasie był to wielki przebój. Oprócz radia Luxembourg jeszcze inne stacje też nadawały tę melodię. A dla mnie to stało się jak jakiś rytuał polowania. Uwielbiałem te popołudniowe chwile, kiedy nachylony ku głośnikowi, i z ręką na
pokrętle powoli przeczesywałem zakres częstotliwości fal średnich. W trakcie najczęściej z głośnika wydobywały się trzaski, gwizdy, szumy i inne dziwne dźwięki. Jakże jednak wielką przyjemnością było kiedy udało się natrafić na coś miłego dla ucha. Radio wtedy było moim oknem na świat – jeśli można się tak wyrazić. Tamte chwile z uchem przy głośniku ukształtowały w dużym stopniu moją ciekawość świata, która objawiała się później w ciągu całego mojego życia. Trwa to do dzisiaj. Wciąż otwarty jestem na nowe sytuacje, wyzwania, wydarzenia. Tak jak do dzisiaj, słuchanie muzyki sprawia mi ogromną przyjemność.

Pewnego razu, kiedy właśnie ta właśnie melodia leciała z głośnika, do pokoju wszedł mój Ojciec. Zainteresował się tym co robię. Powiedziałem, że ta piosenka bardzo mi się podoba. Chwilę posłuchał i odpowiedział, że ją zna. I po chwili zaśpiewał początek.... po rosyjsku. Dla mnie to był szok. Poprosiłem, żeby mi zapisał słowa, bo chciałem nauczyć się ją śpiewać. Nie przeszkadzało mi, że w innym języku, niż ten nadawany przez radio. I tak nie znałem, ani jednego, ani drugiego. Ojciec napisał mi słowa fonetycznie, i tak sobie później już nuciłem. Nie wiedząc co. 

W szkole uczyłem się, oczywiście, języka rosyjskiego - jak wszystkie polskie dzieci w tamtym czasie. Jednak nie myślałem o tym, żeby wgłębiać się w treść słów. Ojciec wyjaśnił mi, że była to pieśń o bohaterze, kozackim przywódcy. I to mi wystarczyło. Bo i tak najbardziej byłem zakochany w melodii. To mnie poruszało do głębi.

Jak to jednak z przebojami bywa, po czasie piosenka się osłuchała. Pojawiły się nowe utwory, nowi wykonawcy. Ja nie tyle o niej zapomniałem, co po prostu życie skierowało moją uwagę na nowe, wciąż pojawiające się trendy i muzyczne nowinki. Ale nie tylko. Będąc człowiekiem dorosłym miałem obowiązki, które nie pozostawiały dużo czasu na rekreacyjne słuchanie muzyki. 

Przez wiele, wiele lat, melodia ta leżała sobie zakurzona, gdzieś w odległym zakamarku pamięci. Ale mam wrażenie, że gdzieś tam już było zapisane w księgach losu, że czas na odkurzenie kiedyś nadejdzie. Nic jednak nie twierdzę z pewnością siebie. Być może, gdyby nie internet, to by się to nie stało. Utwory i wykonawcy zniknęli z głównego nurtu rynku muzycznego. Nic dziwnego – minęły dziesiątki lat. Nastąpiła zmiana epok. Płyty nie były wznawiane, a życie jest wciąż nastawione na nowości. Na szczęście jednak, ktoś – zapewne z innego krańca świata - kogo zupełnie nie znam - miał nagranie i umieścił w Youtube. 

Myśląc o tej piosence cały czas gdzieś mam w pamięci oryginał, czyli pieśń "Wołga, wołga"o kozackim buntowniku. Wersję rosyjską, tę której słowa przekazał mi Ojciec. Ta, którą przedstawiam dziś jest wersją angielską w wykonaniu australijskiego zespołu "The Seekers". Obydwie wersje stoją w całkowitej opozycji wobec siebie i właściwie teraz odbieram je jakby to były całkowicie różne utwory. Treść oryginału, w której ataman wyrzucił swoją młodą żonę za burtę, żeby przypodobać się swoim kumplom od gorzałki i szabelki, aczkolwiek bardzo poruszająca, nie niesie w sobie wartości, które bym cenił. Nie podoba mi się. A melodia – wszak ta sama - jest piękna, ale w aranżacji klasycznej, i z inną rytmiką - nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Mam odczucie, jakbym napotkał coś stęchłego, o odrażającym zapachu. Może to dziwnie brzmi, ale tak jest.

Dla kontrastu, nowa aranżacja i nowy przekaz tekstowy, stworzyły całkowicie odmienną jakość. Przyniosły powiew świeżości. Nie zdaję sobie bowiem sprawy dlaczego, i nie bardzo wiem to jak wyrazić, ale za każdym razem kiedy słucham tonów tej muzyki, to na twarzy czuję powiew ciepłego wiosennego wiatru. W nozdrza wciągam zapach topniejącego śniegu, mokrych bazi i zeszłorocznych, brunatnych traw osuszających się w podmuchach wiatru. Ogarnia mnie jakaś dziwna fala uczuć. Pomieszanie nadziei, oczekiwań z jakąś tęsknotą. Nieokreśloną, jakby tylko przeczucie zmian, chęć zatrzymania pochodu szarych nieciekawych dni, jeden za drugim, a wszystkie takie same. Męczące i nieciekawe. Przychodzą mi na myśl marzenia o podróżach, obcych krajach. Znów czuję jak to jest kiedy się ma ...naście lat. Dobra muzyka ma w sobie wielki potencjał terapeutyczny. Odmładza, a przynajmniej takie daje chwilowe wrażenie.

Tłumaczenie tekstów jest zawsze wyzwaniem. Wciąż rodzi dylematy, czy użyć takiego wyrażenia, czy innego. Nigdy się nie uda też oddać tego, co "autor miał na myśli". Odbiór i przeżywanie jakiegoś utworu jest podobne do snu. Każdy śni tylko osobiście. To zachodzi w głowie, przewijające się obrazy, dźwięki i inne odczucia bardzo trudno opisać słowami. Czasem są to rzeczy, na które słów nie ma. Rzeczywistość przefiltrowana przez nałożonych na siebie wiele warstw doświadczeń. Coś co urodziło się w naszym umyśle, i tam pozostaje. Dlatego przekład nabiera osobistego charakteru. Ktoś inny słuchając tej piosenki może mieć całkiem inne skojarzenia, inne wspomnienia będą się przewijać gdzieś z tyłu oczu. Zaryzykowałem pozostawić tekst w formie wiersza. Mam nadzieję, że się spodoba. 

Koniec karnawału
Miłosny ton piosenki jeszcze gdzieś pobrzmiewa.
O złamanym sercu słowa. I dniu rozstania.
Czas powiedzieć: musisz jechać? Do widzenia.
Cóż, karnawał kończy się. Zaczyna rozczarowanie.

Gdzieś w oddali szary świt się budzi.
Deszcz w szyby stuka. To niebo – moimi - płacze łzami.
Radość karnawału, głośny śmiech, chwila ułudy.
A potem cóż? Czy wiemy co się stanie z nami?

Lecz pamiętam wciąż wyraźnie, jak moje serce głośno biło,
jeszcze usta – pocałunki - czują, co słodkiego wina miały smak,
jak Pierrota i Kolombinę – tak niewinnie nas zachwyciło,
to co się wtedy z nami stało - nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak.

Porzez siwą mgłę majaczą światła portu. Coraz bledsze.
Jeszcze śpisz, lecz za chwilę z ust twych padnie - do widzenia.
Do widzenia? Czuję, że ostatni - tak już do mnie powiesz - raz.
Bo karnawał, chociaż żal, przecież nie może trwać wiecznie.
Po nim zostanie tylko iskierka tląca, która już nie zgaśnie nigdy w nas.