Tysiąc pocałunków do dna


The ponies run – koniki biegną. 

Tak brzmią pierwsze słowa piosenki Leonarda Cohen - "Thousand kisses deep". I już zaczyna się trudność przy tłumaczeniu słów tej piosenki. Nigdy nie byłem w Kanadzie, więc nie mogę powiedzieć, jakie obrazy przepływały w strumieniu świadomości poety w trakcie pisania. Większość tekstu to zwykłe słowa i wyrażenia, niektóre co prawda idiomatyczne, ale całkowicie przetłumaczalne. A jednak w kontekście całej piosenki zmieniają one swoje znaczenie. Stają się niejednoznaczne i to słuchacz nadaje im konkretny sens. Trudno czasem zdecydować się, co autor miał na myśli. Ale czy to ma tak wielkie znaczenie? Przecież odbiorca nigdy nie będzie w stanie odtworzyć sytuacji, które towarzyszyły przelewaniu myśli na papier. Zawsze przefiltruje słowa przez sito własnych przeżyć i doświadczeń życiowych. To wywoła w świadomości każdego słuchacza inne obrazy, klimaty i konteksty.  Tym bardziej, że słowa piosenki są jedynie fragmentem większej całości. Inny odbiór jest kiedy słucha się recytacji, a kiedy wersji śpiewanej. 

Osobiste doświadczenia wskazują, że szkolne sposoby interpretacji potrafią zepsuć radość doświadczania poezji, czy szerzej, literatury. Wchodzą zbyt grubo ciosanymi zasadami formalnymi w niuanse znaczeniowe, degradują nieuchwytne relacje pomiędzy tym co w książce, a tym co w umyśle czytelnika. Nauczycielki języka polskiego, w liceum do którego uczęszczałem, były mało inteligentne. W dodatku bardzo ograniczone w zakresie wiedzy wykraczającej poza ich specjalność. Lekcje nieciekawe, nie wnoszące elementu przygody intelektualnej - były zwyczajnie nudne. Polegały głównie na interpretacji tego, co chciał w utworze powiedzieć autor. Próby samodzielnego odczytu, we własny sposób, nie spotykały się z życzliwością. Obowiązywała jedyna słuszna, narzucona odgórnie, interpretacja. 

Moje zafascynowanie muzyką i poezją, pomimo niesprzyjających okoliczności, ujawniło się właśnie w czasie pobierania nauk w liceum. W tamtych latach, w Polsce ukazywał się tygodnik pracy twórczej – Radar. Do tej pory pamiętam charakterystyczny, żółto-czarny styl graficzny tego czasopisma. Na okładkach pojawiały się fotosy znanych osób z kręgu kultury, zarówno w Polsce jak i poza granicami. W środku artykuły i notatki na wiele interesujących tematów. W dziedzinie szeroko pojętej kultury, z kraju i zagranicy - wiadomości ze świata filmu, teatru, literatury, muzyki. Myślę, że miałem szczęście w tamtych czasach - w klasie była grupka równieśników, którzy wyrastali ponad przyziemność. Rodzice jednego z kolegów, będąc lekarzami, nie mieli ograniczeń finansowych - kupowali więc regularnie wiele czasopism. W tej liczbie znajdował się Radar. Kolega ów, przynosił do klasy aktualne numery. Potem egzemplarz przechodził z rąk do rąk. Mieliśmy tematy do dyskusji i orientowaliśmy się w aktualnych trendach kulturalnych. Marzyliśmy, że kiedyś w przyszłości, znajdziemy się w takim nurcie życia, który wyniesie nas poza miałkość, nudę i przyziemność małego miasteczka. Wielki świat, oświetlone ulice, samochody, ruch, ożywienie, koncerty, muzyka, poezja, literatura - miały dla nas niesamowitą siłę przyciągania. 

"Radar" był dla mnie maleńkim okienkiem na świat.Wielki świat, zwłaszcza ten zachodni, jawił się młodzieży z małego prowincjonalnego miasteczka, jedynie jako niewyraźne wyobrażenie czegoś wspaniałego - mgliście majaczącego za mleczną szybą.
Dzięki artykułom i zdjęciom obraz nabierał bardziej realnych, ostrych kształtów. Pojawiały się nazwiska, twarze, miejsca, sytuacje. Wyobraźnia robiła swoje, i przenosiła  daleko, bardzo daleko od tych - małych i szarych - nieważnych spraw życia codziennego - w miejsca jasne, czyste i kolorowe. Tak też natknąłem się na Leonarda Cohena. Autorem tekstów o nim był Maciej Zembaty. Tłumaczył teksty piosenek. Dzięki temu utwory kanadyjskiego poety stały się dostępne dla polskiego licealisty. Nie miałem wtedy możliwości słuchania piosenek Leonarda Cohena. W radiu dominowała muzyka całkowicie innego typu. Niedostępne były nagrania. Dzięki Radarowi jednak, bardzo zainteresowałem się osobą. Tłumaczenia jego utworów, a także wiadomosci o nim samym czytałem z zapartym tchem. Nie jest więc dziwnym fakt, że kiedy - niewiele lat później - miałem okazję odwiedzać regularnie kraje Europy Zachodniej, to właśnie płyty Leonarda Cohena, stały się zalążkiem mojej kolekcji muzycznej. 

Postać Leonarda Cohena jest bardzo ważna w moim firmamencie ulubionych gwiazd muzycznych, a jego utwory i interpretację cenię z trzech powodów.
Przede wszystkim - głos. Gdyby Cohen nie śpiewał, tylko deklamował, to wrażenia słuchowe mogłyby być równie przyjemnie. Głęboki, bez zgrzytów, czysty i spokojny. Porównując wykonania dawne i obecne zauważam, że – chyba jak dobre wino – głos Cohena, z wiekiem zmienia się, staje się bardziej aksamitny, i jakby pełniejszy.
Po drugie - muzyka. Większość jego utworów to piosenki bardzo melodyjne, utrzymane w spokojnych rytmach, nastrojowe. Aranżacja i dobór instrumentów staranne. Dla stylu Cohena bardzo charakterystyczne jest też stosowanie chórków i głosów kobiecych solo. W wielu piosenkach głos kobiecy nadążający za głosem prowadzącym z minimalnym opóźnieniem – bardziej jak pogłos, niż echo.
Po trzecie – teksty. Czasem nachodzą mnie wątpliwości. Czy dobrze rozumiem treść, znaczenie. Czy teksty rzeczywiście mienią się różnymi znaczeniami, w zależności od momentu, nastroju, czy chociażby, splotu okoliczności, w jakich są słuchane?

Chcąc przedstawić mój osobisty przekład na język polski - w przypadku "Thousand kisses deep" - zdecydowałem się nie naśladować formy wiersza, ani szukać rymów. Odejście od formy uwalnia więcej pola na bardziej obrazowy, nie spętany liczbą słów, przekaz. 
Najlepiej słuchać  tej nastrojowej piosenki, kiedy wszystko dookoła jest wyciszone - już prawie w objęciach snu, a nieostra granica światła nocnej lampki oddziela przestrzeń własną, ciepłą i delikatną – od reszty świata. Wtedy, w mroku dalszej przestrzeni, łatwo wyobrazić sobie głębię mierzoną tysiącem pocałunków...


Pogrążeni w tysiącu pocałunków 


Słońce już za horyzontem, ale po upalnym dniu, jeszcze wszystko jest rozgrzane. Ciemne niebo w górze, a na dole światła, ruch i gwar. W wesołym miasteczku ludzie tłumnie i bez porządku poruszają w poszukiwaniu rozrywki. Na rzęsiście oświetlonym kręgu karuzeli, kolorowe koniki unosząc się w górę i w dół - do taktów muzyki – biegną bez ustanku. Dziewczynom powiewają włosy, słychać ich radosny śmiech. 
Wyzwanie ma podniecający smak. Automaty do gier są pod ręką. I wygrywasz raz, potem drugi. Po trzecim nabiera się rozpędu i... Nagle koniec. Szczęśliwa passa zawsze trwa zbyt krótko. Świat realny szybko przywołuje do porządku. Ale można przecież uciec - w tysiąc pocałunków, i udać, że to dzieje się naprawdę.
Codzienność, drobne oszustwa, gonitwa za ułudami. I znów namiętności i nałogi biorą górę. Ona traci kontrolę nad sytuacją, bierze wszystko za dobrą monetę. Być może on musi dotrzymać zobowiązań, być może musi pojechać gdzieś daleko. Wszystko naciąga, łata i układa, żeby nie utracić sensu. Chce odnaleźć siebie, pogrążając się w tysiącu pocałunków. 
Czasem w ciemnościach nocy, kiedy wszystko zwalnia swój bieg, skruszeni i cisi podnoszą z podłogi potłuczone serca. I od nowa zagłębiają się, w tysiącu pocałunków. 
Coś się psuje, już tylko cielesność ich łączy. Wykorzystali wszystkie możliwości, do samego dna. Dla takiego drania jak on, nie zostało prawie już nic. W panice jeszcze szuka czegoś, i błogosławi to jedyne coś. W tysiącu pocałunków, powoli, opada na dno. 
Znów idzie tam gdzie latarnie świecą czerwono. Chociaż wie, że tam za darmo nie dostanie nic.
O niej myśli już ze spokojem. Wszystko spisane, sprawa zamknięta. A jednak było coś, o czym zapomniał, pogrążając się w tysiącu pocałunków. 
Koniki biegną w krąg, światła migają, dziewczyny znów młode są. Wyzwanie ma podniecający smak. Życie kłamstwem jest, więc udajmy, że prawdą jest to, co skrywa się w głębinie tysiąca pocałunków...